Z racji, iż ostatnio pojawia się na moim blogu dużo wpisów o tematyce sportowej – postaram się zmienić ten trend i napisać coś bardziej.. hmm.. metafizycznego..?
Z racji, iż ostatnio pojawia się na moim blogu dużo wpisów o tematyce sportowej – postaram się zmienić ten trend i napisać coś bardziej.. hmm.. metafizycznego..?
Jutro najprawdopodobniej odbędzie się ostatni mecz Hutnika Kraków w rundzie jesiennej – prawdopodobnie również ostatni w tym sezonie, a wszystko wskazuje na to, że również i ostatni w ogóle…
Dlatego zachęcam wszystkich którzy w jakikolwiek sposób utożsamiają się z tym klubem lub tych którzy są jedynie ciekawi czemu ludzie chodzą na IV-to ligowe mecze – na jutrzejszy mecz który odbędzie się na stadionie na Suchych Stawach o godzinie 16:30.
Tym którzy chcą poznać historię upadku Hutnika gorąco polecam przeczytanie tych notek:
Historia pewnego upadku – vol. I
Chciałem podsumować ten przykry dla polskich kibiców okres w którym naszą reprezentację trenował tymczasowo Stefan Majewski – specjalista od motywacji i indywidualnego podejścia do zawodników…
Notka ta pisana jest pod wpływem silnych emocji – wiec będzie trochę mocniej niż zwykle i co za tym idzie może być mniej klarownie…
Minął już jakiś czas od ostatniego wpisu więc wypada popracować nad częstotliwością ‘notek’. I to jest pierwszy krok w tym kierunku.
Przejdźmy do rzeczy – poniżej chcę wyrazić swoje zdanie na temat obchodzonego dziś święta i jak można się domyślić po tytule – moje zdanie jest odmienne od tego prezentowanego przez ‘ogół’ Polaków.
Mamy nowego selekcjonera reprezentacji Polski w piłce nożnej. Wybór całkowicie ‘zaskakujący’, nikt się tego nie spodziewał (patrz drugi komentarz pod ostatnim wpisem
). Cudu nie ma, jest Stefan Majewski…
Parę miesięcy temu pisałem, że moim zdaniem reprezentacja Polski pod wodzą Leo Beenhakkera przestała być drużyną. Pisałem tamten tekst szarpany negatywnymi emocjami, co było widać. Teraz napiszę kolejny tekst o naszych orłach, teraz na spokojnie, bo przecież to już długo nie potrwa… (miejmy nadzieję…)
Nie, nie przewidziało wam się – zamierzam w tejże notce poruszyć temat poważny i jakże niepospolity. Wbrew temu co zapewne paru z czytelników tego tekstu pomyślało – nie doznałem poważnych obrażeń głowy ani też nie spożywałem napojów wyskokowych…
Witam po dłuższej, wakacyjnej przerwie. Nie ma się czego obawiać – dzisiejszy tekst będzie miał lekki, acz bolesny (dla niektórych) charakter.
Nawet jakby dokładnie (bierzcie pod uwagę fakt, że tą oto notkę zacząłem pisać 4 lipca)
Pisałem już jakiś czas temu o tym kim jest student wyższej uczelni, co na niej robi, czego nie robi i ile w tym wszystkim zależy od głupiego szczęścia (a wbrew pozorom szczęście bywa w studiowaniu kluczowe…).
Teraz zdecydowałem się napisać o tych którzy mają największy wpływ na obraz studiowania – o wykładowcach.
A jednak chciałbym wyrazić jakoś to co jest tam gdzieś głęboko we mnie (tak trochę po lewej stronie mostka, pomiędzy płucami)
Dawno, dawno temu… za siedmioma korytarzami… za siedmioma klasami… za siedmioma ławkami był sobie zdenerwowany maturzysta, który miał mnóstwo marzeń, planów, oczekiwań… i coraz mniej czasu do zakończenia pisania najważniejszych egzaminów w dotychczasowym życiu. Czym bliżej było do podania wyników tym więcej myśli przewijało się przez skażony licealno-szkolnymi przyzwyczajeniami, umysł i w coraz to bardziej przerażającym tempie… Ale przesiewając ten ‘ocean’ myśli – była tam jedna myśl która była chyba myślą przewodnią – ‘żeby matura stała się tylko miłym wspomnieniem..’
Muszę to napisać jasno i wyraźnie – zadurzyłem się…
…i to tak… dosyć poważnie…
…ale…
Są piosenki które słucham codziennie, są piosenki które słucham gdy jestem smutny, są piosenki które słucham gdy mam dobry humor i są wreszcie piosenki które słucham bo dają mi energetycznego ‘kopa’
Każdy ma swój sposób na ‘doładowanie’ się energią – jedni biorą dragi, inni dbają o swoją marskość wątroby pijąc ‘napoje energetyczne’ hektolitrami a jeszcze inni spożywają bułkę z bananem
osobiście wolę jednak muzykę