A jednak chciałbym wyrazić jakoś to co jest tam gdzieś głęboko we mnie (tak trochę po lewej stronie mostka, pomiędzy płucami)
Dawno tam nie zaglądałem, bo i nie było takiej potrzeby. Do niedawna ten zdrewniały narząd służył mi jedynie jako pompa która tłoczyła drewnianą krew, drewnianymi tętnicami, poprzez drewniane narządy do drewnianych żył i z powrotem do tego zdrewniałego serca. I tak trwała ta nieustanna drewniano-fizjologiczna monotonia…
Aż pewnego nadzwyczaj normalnego dnia to wyblakłe swą czerwienią, zimne swym ciepłem, nieruchome swym nieustannym ruchem, smutne swą radością, drewniane serce – zabiło jakby mocniej, jakby radośniej. Zabiło tak jakby miało dla kogo…
I z każdym kolejnym uderzeniem byłem coraz bardziej przekonany, że to nie jest sen…
A teraz jestem już pewny, że to wszystko stało się na prawdę, że marzenia się spełniają i to właśnie wtedy kiedy najmniej na to liczysz…
Mojemu marzeniu chciałbym dedykować pewną piosenkę…