Szukaj

My blog, my reality…

"Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne."

Two strangers in the bright lights.

Zabawne jest to jak bardzo może zmienić się nasze życie – i to w najmniej spodziewanym jego momencie! A wszystko (a na pewno większość) z powodu ludzi, z którymi spędzasz czas.

Ostatnio odnoszę wrażenie, że po raz pierwszy w moim życiu – robię dokładnie to na co mam ochotę, co sprawia mi radość i co pokochałem! I totalnie niespodziewanie jest to związane z bieganiem – kto jeszcze rok temu pomyślałby, że tak się może stać? Na pewno nie ja!

Od zeszłego roku poznałem i zaprzyjaźniłem się z grupą mega pozytywnych ludzi, bez których nie wyobrażam sobie teraz życia. Wspólne treningi, imprezy czy nawet intensywna i wymagająca praca – dają mi mnóstwo satysfakcji i ten mały, ale jakże ważny pierwiastek spełnienia. Wiele uśmiechu i tony dobrego humoru to standard – pomimo tego, że towarzyszy nam dużo bólu, zmęczenia i niełatwych sytuacji.

Zastanawiam się czasem ile razy spotykałem ich wszystkich zupełnie nieświadomie – w sklepie, gdzieś na osiedlu czy zwykłym spacerze. Z niektórymi spotykałem się na szkolnych korytarzach, a poznaliśmy się dopiero teraz. Ciekawe jakby potoczyły się losy gdyby udało się nam poznać parę lat wcześniej? Pewnie każdy z Was czasem się nad tym zastanawia – i nie jest to takie proste jak pozornie się wydaje… Choć czasem odnoszę wrażenie, że wiele ciekawych wydarzeń mogło mnie ominąć – i nawet gdzieś w środku trochę mi tego żal? Też tak macie?

Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw?  Trzeba tylko umieć je popełniać!

George Bernard Shaw

You break me down, you build me up.

Przerwa w pisaniu była długa i zasłużona – doczekałem się tego pięknego momentu w roku kiedy przez całe dwa tygodnie nie muszę pojawiać się w pracy. Urlop jest jednym z przyjemniejszych okresów w roku, a dobrze wykorzystany może stać się niemal epicki – tak właśnie zapamiętam ten obecny.

Dziś podzielę się z Wami tylko jedną jego częścią, zdecydowanie najświeższą – ale obydwa etapy urlopu mają wspólny mianownik – bieganie!

Kiedy niemal dwa lata temu, pełen życiowych niepewności, przemierzałem ulice Edynburga – mimo wszystko byłem pewien, że bieganie jest czynnością, do której nic mnie nie pociąga – a wręcz przeciwnie, wszystko odrzuca. Szybko ‚traciłem oddech’, stopy się ‚paliły’, a kolana wołały o pomoc… Rzuciłem nawet, do mojej przyjaciółki, tekst w stylu: „jeżeli zacznę biegać to od razu możemy wystartować w maratonie..”

I tym sposobem w zeszłą niedzielę dokonałem czegoś ‚niemożliwego’ – ukończyłem półmaraton w Edynburgu – ten sam ‚ja’, tylko z jakieś 15~20 kilogramów lżejszy i z całkowicie innym, konkretnym podejściem do życia.

Mimo całych dwudziestu-ośmiu wiosen, które już za mną – było to najważniejsze dokonanie w życiu. Zupełnie nic mnie do niego nie zmuszało, a jednak je osiągnąłem – pierwszy raz czuję tak wielką dumę i spełnienie, i… chcę więcej!

Sprowadzając jednak wszystkich na ziemię – bieganie trenuję od roku i pomimo deszczu, błota, śniegu i mrozu – nie odpuszczałem treningów! Za każdym razem kiedy coś zaczynało mnie boleć – w głowie słyszałem słowa mojego trenera (i przy okazji świetnego przyjaciela): „musisz zaprzyjaźnić się z bólem” – i tak robiłem.

Do samego biegu podchodziłem zmotywowany, ale i strasznie zestresowany… a sam bieg miał dwa etapy: pierwszy – wszystko idzie zgodnie z planem i drugi – nie waż się zatrzymać!

W pewnym momencie zgasło mi „światło” – ledwo widziałem, niewiele słyszałem i miałem problemy z równowagą i wiecie jaka była moja pierwsza myśl? Nie martwiłem się, że mogę zemdleć, obudzić się w szpitalu pod kroplówką czy cokolwiek innego… Pomyślałem: „kurwa nie zmieszczę się już w tych dwóch godzinach” i z tego powodu całkiem serio chciałem zejść z trasy…

I jedna rzecz zaważyła, że tego nie zrobiłem – wszystkie życzenia powodzenia i cała wiara moich przyjaciół! Powtarzałem sobie w głowie ich słowa, kopniaki na szczęście i stwierdziłem, że nie mogę ich zawieść – szedłem więc dalej, ledwo widząc słupki wyznaczające trasę – w końcu po paruset metrach walki z organizmem, zacząłem znowu biec i dzięki temu osiągnąłem metę, a zarazem niewiarygodną satysfakcję!

Na koniec chciałbym więc serdecznie podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli, którzy mnie motywowali – w szczególności Kubie i Karolinie. Pierwszy przygotował mnie do tej walki, a ta druga przebiegła ten półmaraton razem ze mną – jej też należą się ogromne gratulacje!

Dziękuje jeszcze raz drodzy przyjaciele – nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wiele Wam zawdzięczam!

Wherever you are it is your own friends who make your world.

William James

Don’t you know.

Tym razem więcej liryki niźli prozy życia – a przynajmniej w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Powiedzieć, że lubię głos tego gościa to zdecydowanie za mało – uwielbiam ten tembr i specyficzną manierę akcentu. Przy okazji jest też autorem większości swoich tekstów co czuje się w trakcie słuchania. Tym razem piosenka z gatunku lżejszych – ot taka na piękny, słoneczny, wiosenny poranek (czego w maju jeszcze ‚nie grali’).

Take a look at these mountains I’m moving for you
I’m gonna light the dynamite, I’m gonna break through
‚Cause I know all the ways to appreciate your design
I’m a damn good lover, shivers up your spine

Don’t you know I want you so bad
I would fight in a war for you.

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: