Szukaj

My blog, my reality…

"Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne."

We don’t look at the milky way anymore.

Piękne, ciepłe i tak cudnie słoneczne dni zdecydowanie zbyt gwałtownie przeszły do historii… Kiedy obraz za oknem załamuje się w kroplach deszczu, w głowie, jakby z automatu, tworzy się nastrój skłaniający ku refleksji.

Taka już moja natura, że kiedy pozostawię mojemu mózgowi odrobinę niezagospodarowanej przestrzeni czasu – on ją natychmiast wykorzysta na dziesiątki, a czasem setki kolejnych przemyśleń. Niestety cały ten proceder nabiera rozpędu jak lawina – i tak jak ją – chyba nie sposób go zatrzymać.

Wydawałoby się, że ktoś kto ma w sobie tak wiele motywacji i nieustannie dąży do osiągnięcia założonego celu nie powinien zmagać się z wątpliwościami. W końcu kieruje się konkretnymi wytycznymi, trzyma się swojego planu, a zębatki pracują prężnie niczym w zegarku…

Ale nawet najlepszy mechanizm wymaga czasem interwencji zegarmistrza, nie ma tworów niezniszczalnych.

I tak zacząłem się zastanawiać czy to kim jestem i jakimi wartościami się kieruje w życiu – ma jeszcze jakiś wymierny sens w obecnym świecie..?

Bo po co posiadać żelazne zasady, swoisty kodeks postępowania? Kiedy codzienność wciąż utwierdza w przekonaniu, że zdecydowanie prościej jest ich nie mieć lub dostosowywać zależenie od rozwoju sytuacji.

Na co przydają się pokłady empatii? Po co zamartwiam się problemami ludzi, podczas gdy oni sami nie poświęcają połowy tego czasu na jakąkolwiek refleksję?

Dlaczego ludzie nie uśmiechają się już, na widok pięknie wschodzącego słońca?

Czemu przykładamy tak wiele wagi do tego co posiadamy? Czy dobra materialne naprawdę mają w życiu jakiekolwiek głębsze znaczenie?

I na koniec – czy przypadkiem rycerz w lśniącej zbroi będący wzorem cnót i stojący na straży swoich zasad, w obliczu obecnej epoki, nie zbliża się bardziej do kanonu Don Kichota?

Taki oto błędny rycerz walczący z wiatrakami codzienności… z góry skazany na porażkę.

Myślę, że najsmutniejsi ludzie zawsze próbują z całych sił uszczęśliwiać innych. Wszystko dlatego że wiedzą, jak to jest czuć się kompletnie bezwartościowym, i nie chcą, by inni tak się czuli.

Robin Williams

Reklamy

I wouldn’t know where to start.

Od ostatniego postu minęło sporo czasu – zdążyła nam wybuchnąć wiosna, krowy stały się pomysłem na życie, a nieloty ‚Wuja’ Brzęczka wygrały swój pierwszy mecz pod jego skrzydłami. W skrócie – taki ‚mix’ tego co spodziewane i spora dawka abstrakcji (którą to jednak duża część społeczeństwa łyka jak młode pelikany).

Natomiast dla mnie był to okres ciężkiej pracy nad sobą – zacząłem badać granice swojego fizycznego i metafizycznego ‚ja’.

Moje noworoczne postanowienie okazało się zdecydowanie bardziej wymagające niż początkowo sądziłem, jednak moja determinacja była wystarczająca, żeby pokonać nowe przeszkody.

Nie byłem świadomy jak bardzo można się zmęczyć solidnym, uczciwie wykonanym treningiem siłowym – wykonywany raz w tygodniu jest praktycznie nieodczuwalny dla ogólnego samopoczucia. Natomiast kiedy odwiedzasz siłownię co drugi dzień, dając z siebie wszystko – poranne wstawanie do pracy staje się dużo trudniejsze. Więc to nie same treningi, a właśnie ilość czasu potrzebna na regenerację była czynnikiem, którego nie przewidziałem.

Tym sposobem z niewielkiej ilości ‚wolnego’ czasu – pozostało mi praktycznie zero – ale czy żałuję? Zdecydowanie nie!

Same treningi uświadomiły mnie jak wiele zależy ode mnie samego – jak wiele ograniczeń stawiamy sobie sami i jak bardzo boimy się je przekraczać!

Wydaje się, że sprawa jest prosta – jest określony ciężar do podniesienia i konkretne mięśnie które mają tego dokonać, temat zero-jedynkowy… a jednak w tej przestrzeni pomiędzy jednym, a drugim mieści się jeszcze nasza głowa. I o czym się już przekonałem wielokrotnie – to ona decyduje czy próba się powiedzie.

Więc ostatecznie na dobry trening wpływa nie tylko kondycja fizyczna,  ale również – a może przede wszystkim – nasze nastawienie i poziom determinacji. I jak się przewrotnie okazało – jedna z moich najbardziej uciążliwych życiowo cech, stała się w tym przypadku wielkim sprzymierzeńcem! Bo komu łatwiej przyjdzie odizolowanie się od otaczającego świata i skupienie na jednej czynności – niż introwertykowi?

Tym sposobem siłownia stała się dla mnie ‚drugim domem’, w którym spędzam intensywne wieczory w towarzystwie energetycznej muzyki – niemal całkowicie odcięty od świata. Natomiast w pozostałe dni skupiam się na regeneracji, która najczęściej sprowadza się do paru dodatkowych godzin snu, rozciągania i rolowania mięśni.

I kiedy ktoś mnie pyta – jak to robię, że nadal nie brakuje mi motywacji? Odpowiedzieć mogę najszczerzej jak potrafię – kiedy masz cel, konsekwentnie go realizujesz i zaczynasz odczuwać efekty – nie potrzebujesz już żadnej dodatkowej motywacji! A kiedy efektem jest stan, w którym czujesz się coraz lepiej w swoim własnym ciele – trudno sobie wyobrazić powód dla którego miałbym tego zaprzestać.

Wiem jednak, że obecny stan rzeczy ma też swoją ciemną stronę – minimalne ilości wolnego czasu, przekładają się również na coraz rzadsze jego spędzanie z przyjaciółmi i znajomymi… Nawet na wiadomości na messengerze potrafię odpowiadać ze sporym opóźnieniem bo… zdarza mi się zasnąć zanim zdążę odpisać. Mam jednak nadzieję, że większość z nich jest to w stanie zrozumieć, a pozostała część kiedyś mi to wybaczy.

 

Najtrudniejsze jest zdecydowanie się na działanie. Reszta to już tylko kwestia wytrwałości.

Amelia Earhart

The time is now.

Nastał nam nowy rok, którego początek często upływa pod znakiem ciągłego ‚zwiadu’. Próbujemy ‚rozpoznać teren’ utworzonych w naszej głowie planów i noworocznych postanowień. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że jak często ktoś przez pomyłkę wpisuje 18stkę na końcu daty – tak ktoś inny rezygnuje z jednego z takich postanowień.

Zawsze od takowych stroniłem, a wręcz broniłem się przed końcowo-rocznym entuzjazmem – który szepcze nam banały o tym, że „nowy rok, nowy ja”; „nowy rok, nowe możliwości”; „w 2019 wszystko się zmieni”…

No nie moi drodzy, nic się nie zmieni – nie samo, nie w związku z wkroczeniem na karty nowego kalendarza. My pozostajemy tacy sami, choć rocznikowo przybieramy kolejny rok. Posiadamy te same możliwości, choć tak rzadko zdajemy sobie z tego sprawę.

To nie nowy rok, a każdy dzień, a w zasadzie każda chwila może być dobrym początkiem na rozpoczęcie nowego etapu. Potrzebujemy odpowiedniego ‚kopa’ – i tu znów nie powinniśmy liczyć jedynie na sprzyjający los – takim kopem możemy uraczyć się sami!

Nikt nie zna nas tak dobrze jak my sami, to ja czuję wewnątrz gdzie leżą moje granice komfortu – co wymaga ode mnie wysiłku, co mnie motywuje i co dodaje energii. Na podstawie tej wiedzy jestem w stanie całkiem dobrze ocenić szanse na realizację nowych planów. I możesz próbować oszukiwać wszystkich dookoła, ale własnego ‚ja’ nie oszukasz – żeby zrealizować coś co wydaje się nam ‚ponad nasze siły’ będzie potrzebna potężna dawka motywacji okupiona wielkim wysiłkiem… a na efekt często trzeba trochę poczekać.

I tak sam podjąłem się pewnego wyzwania – na przekór sobie i moim przekonaniom o bezsensowności noworocznych postanowień.

Koniec roku był dla mnie okresem ciężkich przemyśleń i gorzkich podsumowań, gdyż wraz z nowym rokiem dobiłem również do magicznej bariery 30-stki (rocznikowo). Miałem wiele długoterminowych planów… których termin upływał mniej więcej… teraz? I jak się domyślacie – niewiele z nich udało mi się zrealizować, co solidnie mnie przybiło… bo należę do tego wymierającego gatunku, który dotrzymuje obietnic (nawet tych wobec samego siebie).

Musiałem więc zacząć robić coś, czym udowodnię sobie, że potrafię!

I rozpocząłem „projekt” o nazwie „SEBIX 3.0”

(wszystko co w powyższym zdaniu znajduje się w cudzysłowie jest sarkastycznie prześmiewcze i zarazem śmiertelnie poważne!)

Czemu ‚Sebix’? To najbardziej memiczna i prześmiewcza odmiana mojego imienia – od typowego łysego ziomeczka, wożącego się po dzielni dwudziestoletnią ‚beemką’ w rytmach polskiego hip-hopu, który w swojej ofercie poza ubogim słownictwem, ujemnym ilorazem inteligencji posiada głównie magiczny ‚wpierdol’… – różni mnie wszystko. Co sprawia, że moi kochani przyjaciele przylepili mi tego Sebixa, a ja musiałem się z tym pogodzić.

W przypadku ‚3.0’ jest prościej – jak łatwo się domyślić po (przydługim) wstępie jest to związane z moim wiekiem i przy okazji jasno określa ‚deadline’ owego projektu – moje urodziny w lipcu.

Co w takim razie zamierzam zrobić? 

Naprawić… siebie,

fizycznie,

w nadziei, że będzie to miało również wpływ na niematerialnego mnie.

Jak planuję tego dokonać?

Ciężką pracą, niezliczonymi ilościami wylanego potu na siłowni i praktycznie wyzbyciem się pojęcia ‚wolny czas’.

Co chcę osiągnąć?

Chcę spojrzeć w lustro w dniu swoich urodzin i powiedzieć sobie prosto w oczy – zrobiłeś to!


 

Kiedy zaczynałem pisać ten tekst (a było to na samym początku stycznia) – miałem wiele obaw, w końcu nigdy nie trenowałem tak intensywnie… mimo sporej wiedzy i niemałego doświadczenia w treningu na siłowni – spodziewałem się, że nie będę w stanie utrzymać takiego reżimu (trening co 2 dzień). Ale teraz czuję, że jeżeli tylko będą mnie omijać kontuzje to w lipcu będę bardzo dumny ze swojej pracy!

Jeżeli macie ochotę to trzymajcie kciuki, bo z pewnością czekają mnie jeszcze trudne chwile zwątpienia… wtedy najmniejsze nawet wsparcie będzie na wagę złota!

I pamiętajcie, że to Wy decydujecie o swoim życiu i wielu jego aspektach możecie zrobić zdecydowanie więcej niż Wam się wydaje! Nie rozpamiętujcie porażek, wyciągnijcie z nich lekcję i ruszajcie dalej! Bo ‚ten’ czas jest już teraz!

Weź życie we własne ręce. I co się wtedy stanie? Coś strasznego: nie będzie kogo obwiniać.

Erica Jong

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: